Wreszcie noc Nad brzegiem czatuje
hotel kotlina kłodzka |
„Wreszcie noc. Nad brzegiem czatuje porucznik Janusz Popiel. Będzie dawał latarką umówione sygnały, gdy kutry wpłyną do zatoki. Czekamy w napięciu. Mijają godziny, a kutrów nie widać. Powoli zaczynamy tracić nadzieję. Dopiero znacznie później dowiedziałem się, że z powodu sztormowej pogody w rejonie Gibraltaru i awarii jednego z kutrów ewakuacyjnej flotylli nie wypuszczono na morze.
Świt już blisko. Wtem na szosie warkot wielu samochodów, bieganina, urywane rozkazy. Obława!
Skaczemy z Ludkiem Śląskim nad sam brzeg morza, kryjąc się w gęstej kępie zarośli niemal nad lustrem wody. Dochodzi nas trzask łamanych gałęzi, strzały i krzyki — Haut les mains! Ręce do góry! Wstawać! Nad brzegiem pojawiają się żandarmi z pistoletami i karabinami w rękach. Na szczęście nie mają z sobą psów. Nie dostrzegają nas i po chwili znikają w głębi lasu.
Nie potrafię dziś określić, ile czasu mogła trwać ta „zabawa". Pamiętam tylko, że słońce było już wysoko, gdy ucichł wreszcie warkot odjeżdżających samochodów. Dla pewności odczekaliśmy jeszcze z godzinę, a potem skok przez fatalną drogę i decyzja kierunek — granica marokańska.
Wielogodzinny forsowny marsz. Żar jak w rozpalonym piecu. Zupełne pustkowie. Nogi zaczynają odmawiać posłuszeństwa. Drewniane gardło — organizm coraz bardziej domaga się wody, a tu żadnej studni lub choćby kałuży w zasięgu wzroku. Kroplisty pot zalewa oczy. Osłabienie czujności. Znienacka wrzask „Stój!" Przed nami terenowy samochód wojskowy,“(4)
„Wreszcie noc. Nad brzegiem czatuje porucznik Janusz Popiel. Będzie dawał latarką umówione sygnały, gdy kutry wpłyną do zatoki. Czekamy w napięciu. Mijają godziny, a kutrów nie widać. Powoli zaczynamy tracić nadzieję. Dopiero znacznie później dowiedziałem się, że z powodu sztormowej pogody w rejonie Gibraltaru i awarii jednego z kutrów ewakuacyjnej flotylli nie wypuszczono na morze.
Świt już blisko. Wtem na szosie warkot wielu samochodów, bieganina, urywane rozkazy. Obława!
Skaczemy z Ludkiem Śląskim nad sam brzeg morza, kryjąc się w gęstej kępie zarośli niemal nad lustrem wody. Dochodzi nas trzask łamanych gałęzi, strzały i krzyki — Haut les mains! Ręce do góry! Wstawać! Nad brzegiem pojawiają się żandarmi z pistoletami i karabinami w rękach. Na szczęście nie mają z sobą psów. Nie dostrzegają nas i po chwili znikają w głębi lasu.
Nie potrafię dziś określić, ile czasu mogła trwać ta „zabawa". Pamiętam tylko, że słońce było już wysoko, gdy ucichł wreszcie warkot odjeżdżających samochodów. Dla pewności odczekaliśmy jeszcze z godzinę, a potem skok przez fatalną drogę i decyzja kierunek — granica marokańska.
Wielogodzinny forsowny marsz. Żar jak w rozpalonym piecu. Zupełne pustkowie. Nogi zaczynają odmawiać posłuszeństwa. Drewniane gardło — organizm coraz bardziej domaga się wody, a tu żadnej studni lub choćby kałuży w zasięgu wzroku. Kroplisty pot zalewa oczy. Osłabienie czujności. Znienacka wrzask „Stój!" Przed nami terenowy samochód wojskowy,“(4)